|
Set and Settings - własny pokój, wrześniowe popołudnie, bycie studentem powoduje rozpoczynanie roku akademickiego w październiku, jednak na drugi dzień miałem mieć poprawkę egzaminu.
Nastawienie- pozytywne, czasem pojawiała się lekka obawa że rodzice mogą niespodziewanie wrócić, szybko jednak uspokajałem się myślą że kiedy ja zaczynałem nie zdążyli jeszcze dojechać na miejsce (miejscowość położona 50 km od naszego domu)
Dawkowanie - MALEŃKA wręcz dawka ekstraktu 5x, mniej nawet niż 0,25 grama, a w worze wciąż pozostało duuużo szałwii...
Wiek i dioświadczenie: 20 lat; alkohol (nawet niedużo), marihuana (to już więcej), haszysz, DXM, benzydamina, amfetamina (blech), salvia divonorum (opisywany trip jest piątym, może nawet szóstym tripem)
Na samym początku nie byłem pewien czy zapalić szałwię dzień przed egzaminem. Jednak gdy rodzice wyjechali na parę godzin, decyzja przyszła dość spontanicznie. W worze miałem jeszcze dość dużo szałwii, więc wysypałem troszeczkę do cybucha (mniej więcej połowa - doświadczenie nauczyło mnie że wystarcza...). Teraz tylko zapalniczka żarowa i... zapnijcie pasy!
Muszę wspomnieć, że chwilę wcześniej otwarłem okno by nie zadymić pokoju. Uruchomiłem Winampa z odpowiednią muzyką: Acid Mothers Temple & The Melting Paraiso U.F.O. - Ziggy Sitar Dust Raga. Krótko mówiąc, niekończąca się sitarowa mantra z mnóstwem efektów "wspomagających" w tle. Do tego zapuściłem sobie chyba najlepsze wizualizacje - pakiet Milkdrop (polecam!). I kto wie jak potoczył by się mój trip, gdyby nie spojrzenie w jednym momencie na monitor.
Pierwszy buch - zaciągam się najgłębiej jak tylko mogę i kładę się na podłodze. Trzymam dym w ustach, pojawiają się pierwsze efekty. Sufit zaczyna sprawiać wrażenie wykonanego z jakiejś cieczy, pojawiają się na nim różne fale, jakby od podmuchów wiatru. Lampa (która patrząc od dołu przypomina oko) zaczyna się powoli przesuwać po suficie, gubiąc jakby swój kontur. I później spojrzałem na wizualizację na monitorze... Jeden układ kształtów przechodził właśnie w drugi tworząc coś przypominającego skrzydła składające się z fraktali. I w to jedno, najmniejsze powtórzenie na samym końcu zanurzyłem i przeniosłem się ja...
Po zamknięciu oczu obraz zaczął się powiększać, nabierał coraz wyraźniejszych kształtów. Widziałem to tak jakbym spadał ze spadochronem na jakieś pole, ale nie miałem na sobie spadochronu. Naglę wszystko stało się jasne. Zobaczyłem mozaikę postaci, samochodów, muzyki i uświadomiłem sobie że jestem... W Wielkiej Brytanii w latach 60. Co jeszcze dziwniejsze, nie trafiłem do jakiejś komuny hipisów czy klubu UFO, ale... na coś pomiędzy ZOO a wystawą koni rasowych organizowanych przez angielską arystokrację. Pomyślałem "Co za bzdury, trip mi się marnuje na jakieś durne zawody konne...". I wtedy moje serce zaczęło bić bardzo mocno i bardzo szybko. Fale rozchodziły się po całym ciele, którego granic nie mogłem wyczuć. Nagle uświadomiłem sobie, jak spokojny jestem w takiej sytuacji - normalnie dawno bym spanikował, przecież to może być jakiś stan podzawałowy! Nagle się okazało, że to JA jestem całymi tymi zawodami - właściwie obszarem, na którym sie odbywają. Nagle stwierdziłem, że moje serce jest otoczone czymś w rodzaju klatki czy raczej wybiegu, jak dla lwów czy niedźwiedzi w ZOO. Grupka ludzi przyszła patrzeć na bijące w szalonym tempie serce, po czym jeden z nich (przewodnik wycieczki? pracownik ZOO?) powiedział coś w stylu "To bardzo dziki zwierz, trzymajmy się z daleka od niego." .
Jedna z części mojej świadomości postanowiła dołączyć się do wycieczki po moim ciele, które zamieniło się w wielkie ZOO. Każda część ciała była innym surrealistycznym zwierzęciem. Mój umysł znajdował się w kilku miejscach naraz i zwiedzał kilka wybiegów naraz. Po dłuższej chwili zwiedzania usłyszałem jakieś skrobanie w okolicy komputera. Skrobanie stało się coraz głośniejsze, więc w końcu połowicznie otwarłem oczy. Jakie było moje zdziwienie, gdy zobaczyłem coś pomiędzy niedźwiedziem polarnym a psem zjadającym jednostkę centralną mojego komputera. Jakaś jeszcze nieopanowana szałwią część mojej świadomości krzyknęła "To się nie dzieje naprawdę! Wstań i zmień piosenkę!" Rzeczywiście, pora na coś innego. Gdy wstawałem, miałem wrażenie że w drzwiach pokoju (zamkniętych na klucz) stoi jakaś kobieta (moja mama?) i mówi coś do mnie zniekształconym głosem. Obejrzałem się za siebie mrucząc "C-co?" i doczołgałem się do komputera.
Kolejny utwór (też AMT, ale tym razem Aladdin Kane) i drugi buch. Równie porządny jak pierwszy, teraz też patrzyłem w sufit, OEV-y przybrały jeszcze na sile, tym razem przybierając formy jakichś bladokolorowych spiral i falek. Spojrzałem jeszcze raz na monitor, wizualizacja zmieniła się na coś innego - patrząc na to po szałwii miałem wrażenie że widzę sieć tuneli prowadzących na inne/wyższe poziomy, ale uświadamiałem sobie że jeszcze nie dostąpiłem zaszczytu by dotrzeć wyżej. Znów spojrzałem na lampę. Po zamknięciu oczu kontury mebli zamieniły się w sieci tęczowych spiralek, które po chwili rozpłynęły się w ciemności. Potem ni stąd ni zowąd zobaczyłem twarz mężczyzny z kilkudziesięcioma parami oczu, który po chwili znikł. Pamiętając jak ciekawe efekty przyniosło zwyczajne machanie rękami przy poprzednim tripie, tym razem też postanowiłem pomachać. Moje ręce przedzierały się teraz przez gęsty tęczowy syrop, a skóra pokryła się światłem. Po chwili moje ręce zamieniły się w słupy energii.
Zmęczyłem się machaniem, więc położyłem się ponownie. "Bardzo wygodna pozycja, nie sądzi pan?" - powiedziała elegancka arystokratka rozciągając się na leżaku w ogrodzie położonym na brzegu lasu. "Eee, chyba tak" odpowiedziałem. Potem przeprowadziłem jeszcze miłą konwersację z brytyjskim dżentelmenem w eleganckim szlafroku z herbem rodowym. W ręku trzymał fajkę (z szałwią? xD) i opowiadał z typowym arystokracjim brytyjskim akcentem chyba coś o czasach kolonialnych w Afryce. Ta wizja również się rozmyła i po chwili stwierdziłem że leżę sam na jakichś mokradłach pod lasem, a obok mnie stoi albo leży... Fenriz z Darkthrone. Powiedziałem coś w stylu "O k...!" a on zaczął coś do mnie konwersować po norwesku. Po angielsku rozumiem, ale po norwesku... Przeprosiłem go delikatnie i powiedziałem że nie rozumiem i muszę znikać. I znikłem.
Przewróciłem się na klatę i zacząłem jakby płynąć w miejscu. Jedno spojrzenie na wykładzinę (jasobeżową) i już wiedziałem gdzie byłem. Czołgałem się przez pustynię pełną miekkiego, miłego w dotyku piasku. Sięgała aż po horyzont - niebieskie ściany i beżowa wykładzina - biorąc pod uwagę że byłem na szałwii i leżałem na podłodze mogłem ulec sugestii czystości nieba. Po zamknięciu oczu to samo, tylko pośród połyskliwego czarnego piasku.
Potem przewróciłem się znów na plecy. Uśmiechałem się błogo. Wiedziałem już że ze mnie schodzi, ale przeżyłem coś niesamowitego. Taki właśnie był mój kolejny trip z boską szałwią. |