Niezalogowany
Produktów: 29 / 5
Produktów w koszyku:0
 
 
Zapraszamy do obejrzenia relacji z naszych imprez
Zobacz imprezy
 
Nasz asortyment jest starannie badany pod kątem szkodliwych dla zdrowia składników. Jak dotąd nie wykryto żadnych!

Przeglądaj dokumenty
 
Zapraszamy do oglądania ciekawostek ze świata, wycieczek po zażyciu, badań, i wielu innych
Wszystkie filmy.
Dodaj film
 
Wszystkie produkty znajdujące się w ofercie sklepu Dopalacze.com są w 100% legalne.


Akty prawne
 
Najciekawsze artykuły z branży, oraz artykuly dotyczące tabletek.


Pokaż wszystkie.
 
Zapraszamy do dyskusji na naszym forum. Tematy od imprez po dopa- lacze.

Forum.
 
ENERGY Pills (12) EUPHORIC Pills (17) PSYCHEDELIC Pills (5) RECOVERY (2) BIAŁE PROSZKI... (4) SALVIA DIVINORUM (15) MAGICZNY OGRÓD:) (10) ZIOŁA ;) (9) DRUG TESTING KITS (4) AKCESORIA (4) Wkrótce w ofercie (5)
Producenci
Artykuły
Camapagne_Supernova |SALVIA DIVINORUM| Autor: Anonim
 

Set and Settings - balkon, ładna, słoneczna pogoda, w powietrzu zapach z kadzidełka, ładny widok na czyste niebo, dobry humor, okolice południa. Sierpień.


Nastawienie- szalenie pozytywne, lecz z dystansem i szacunkiem dla spożywanej substancji, dobry humor, duzo czasu na przygody.


Dawkowanie- Własnej roboty ekstrakt w przedziale 40x-45x, przyjmijmy ze okolice 1g palone dwoma zapalniczkami żarowymi z ice bonga.


Doświadczenie : , DXM, 2AI, 2CI, Ketamina, podtlenek azotu, PCP, MJ, Hasz, Efedryna, metkatynon, Hel, Morfina, Kodeina, Tramadol, Reasec, opium, Valium, klony, meth, speed, salvia, dream herb, muchomor czerwony, łysiczki, cubenisy, mdma, lsd, koka, bieluń, wilcza jagoda, piracetam, benza, gbl, ghb, aviomarin, meskalina, powój. To mój szósty raz z szałwią, jednak do tej pory paliłem jedynie susz uzyskując efekt śmiechawy, czasem CEVów.


Już na wstępie dodam, iż trip który opisuje był najsilniejszym przeżyciem psychodelicznym jakiego doznałem, mimo iż ( moim zdaniem ) mam doświadczenie z dużą ilością substancji psychoaktywnych. Jednoznacznie nazwałbym go stanem wizyjnym.



Moim opiekunem był Tremere ( nazywany T. ), który około pół godziny przed rozpoczęciem mojego tripu zakończył swój własny ( odsyłam do jego TR, nasze przygody były zupełnie odmienne ). Poinstruowałem go by nie przeszkadzał mi za bardzo w podróży, ale bił gdy będę miał ochotę wyskoczyć z balkonu ( bałem się od początku, że ten balkon nie jest bezpiecznym miejscem, na szczęście nawet nie miałem okazji się do niego zbliżyć ).


Zacznijmy od mojej wersji, potem będzie ta opiekuna.


Ice bong nabito dużą ilością ekstraktu własnej roboty ( z całej, półrocznej rośliny – niestety liscie odpadly po przelaniu ) i ustawiono w dogodnej pozycji. T. używał zapalniczki ( nawet dwóch na raz, dla uzyskania dogodnej temperatury : ). Duży mach, ogromny, nadąłem się jak balon. Dym lekki, o gorzkim smaku, ale zjadliwy ( żułem już liście, palenie jest o niebo smaczniejsze ). Niestety. Wypuszczam, praktycznie brak dymu. Wszystko zostało w płucach. Mówię do T: Ten dym był za lekki. – Cholera, rozpuściło się za dużo lodu, sitko zamokło …


Bez paniki. Wstaję. Czułem to, wiedziałem że Salvianorin siedzi już w moim ciele, trochę chciało mi się śmiać. Ale potrafiłem się jeszcze opanować. Ekstrakt przesuszyliśmy w mikrofali, z bonga ulaliśmy wody, i wracamy na balkon. Znow, T. pali dwie zapalniczki, ja ciagne. Tym razem dym był bardzo gesty, szczypiący, gorzki, niesmaczny. Obserwowałem drewniany cybuch w bongu, zaciągając się dymem. Gdy zobaczyłem, że żar dotarł już do samego dna, puściłem locka i wyciągnąłem cały dym. Byłem pod wrażeniem, że udało mi się pochłonąć tyle dymu. Nie pamiętam bym go wypuszczał. Nie, zdecydowanie nie pamiętam wypuszczenia dymu – od tej pory zaczyna się już właściwa podróż. I już nie było balkonu, bonga, dymu. To nie istniało. Straciłem poczucie ciała, podobnie jak przy końskiej, większej od grama dawce DXM. Ale bardziej realnie. Po DXM wizje przypominają mi raczej sen. To czego doświadczyłem, było zupełnie realne, namacalne i pewne. Nie podważałem szczegółowości zjawisk, nie posiadałem mózgu, nie posiadałem ciała, nie byłem sobą, nie pamiętałem o niczym.


Stałem się tworem bliżej nieokreślonym, lecz znającym swój cel – brnąć przez rzekę, płaszczyznę przez którą poruszają się setki takich jak ja, drobnych istnień takich jak ja, nie potrafię określić czym byłem, ani dlaczego rzeka płynęła. Miało to konsystencję lawy, a ja doskonale wiedziałem czym jestem, płynąłem przez życie trzymając się bocznego toru, gdzie prąd był najlżejszy. Lecz od razu wiedziałem, że nie jestem sam, była ze mną inna, lecz ( wiedziałem to ! to było pewne ) bardziej doświadczona, pradawna czy stara istota – moja matka. Nie miała postaci mojej realnej matki, to był twór o podobnym działaniu i swej istocie jak ja podczas wizji. Może byłem punktem, może iskrą, lub czymś na ten wzór. Usłyszałem bardzo ciepły, realny i ( co najważniejsze ) spodziewany głos matki.


„Źle zrobiłeś, ale chodź. Skoro już jesteś, pokażę Ci kilka rzeczy”


( Dziwi mnie fakt iż pamiętam dokładnie słowa istoty mi towarzyszącej, były w języku polskim). Popłynęliśmy na bok, w małą odnogę wielkiej rzeki. Brnąłem, chociaż prąd był tu wsteczny, w czasie gdy przez życie ( boli mnie to, lecz ja widziałem, że ta durna zupa przez którą się przeciskam to życie, a ja jestem jedną z wielu istot przez nią płynących ) płynęło się z prądem. Matka powiedziała mi „odwaga i rozwaga, posiadasz te cechy, chodź” i wówczas już bez problemu wpłynęliśmy na wodę stojącą. Wiedziałem, że to moje miejsce, bardzo mi się podobało, wreszcie nie musiałem brnąć dalej. „ Nie możesz tak stać, trzeba płynąć”. Ale ja już wiedziałem – nie trzeba, mi jest tu dobrze. „ Wszyscy płyną, chodź” – „Nie, tu jest dobrze”. Wówczas otworzyłem oczy. Nie, trip się nie skończył, nie. Usiadłem na łóżku, chociaż nie wiedziałem że to łóżko. Uniosłem się widząc rzekę z perspektywy, od góry, jako płaszczyznę z wieloma odnogami, gdzie punkty takie jak ja stoją, nie płyną, chcą odpocząć. ( ta perspektywa to był wzór na dywanie kolegi, mniejsza o to ). Powiedziałem do matki, że tu zostaje, jak oni. Ale telepatycznie, bez słów. Odpowiedz otrzymałem już w języku Polskim: „Potrafisz kochać i jesteś prawdziwy. Wybrałeś najlepszą z dróg”.


W tym momencie wizja się urywa, gdyż matka zniknęła ( nie mówcie mi o boskiej salvi, rozmawiałem z pływającą ze mną mamusią pod postacią tworu jakim i ja byłem. Troszkę robiła za przewodniczkę, ale nie była to kobieta ) a ja zacząłem wracać, dosyć standardowo kontrolując działanie psychodeliku, czyli powtarzając sobie kim jestem, to czego doświadczam to działanie narkotyku. Już otworzyłem oczy, byłem przyciśnięty twarzą do ściany, leżac w poprzek łózka T., z dużą ilością śliny w jamie ustnej, ohyda. Ale wizja się skończyła. Ciągle jednak czułem potworną lekkość ciała ( właściwie to nie czułem ciała ), spojrzałem na siedzącego w fotelu T. : „Chyba dała Ci klapsa, co?”. Z grzywki kapał mi pot, byłem cały mokry. –„Nie, nie dała”. Wstałem do łazienki, chociaż właściwie nogi same mnie niosły. Splunąłem, to było to, ogromna ulga. Wróciłem na łóżko, usiadłem, oparłem głowę na rękach. Czułem się mokry, zmęczony i potwornie naćpany, tak jak czujemy to przy deksie czy muchomorze przy zejściu – naćpany, dziwnie, nieswojo. Nie trzymały mnie się żadne myśli, chciałem położyć się na łóżko, znów przycisnąć do ściany twarz, dziwna siła grawitacji ciągnęła mnie właśnie w ten punkt. –„Jeszcze nie koniec” powiedziałem, zupełnie swoim głosem i ciałem. Zamknąłem oczy, może nie. Wróciła wizja życia jako płaszczyzny widzianego z perspektywy, lecz bardzo dużej oddali. Nie było głosu, matki, ja byłem już tylko sobą, lecz patrzyłem na bardzo odległy świat który dziś odwiedziłem. Podniosłem się i otworzyłem oczy, patrząc na T. –„ Ile jeszcze ?” Spytałem, wiedziałem że mi odpowie, ja to wiedziałem po prostu, byłem szalenie pewien. –„ Jeszcze 15 minut Cię potrzyma …”. Rozejrzałem się po pokoju, ciężko było kręcić głową. Wizja przebijała się przez rzeczywistość, myślami wracałem do niej i przeżywałem jej przebłyski. Ale było mi niedobrze, nie czułem mdłości, jednak dziwne obrzydzenie od świata. Skupiłem się na jamie ustnej, nie czułem w niej zapachu szałwi, nie czułem smaku w ogóle. Ale dobre i to, nie mam złego posmaku. Powiedziałem T. że muszę się napić, otrzymałem Colę bez gazu, przygotowaną wcześniej. Poczułem jeszcze większe obrzydzenie, nadal czułem się naćpany, jakby ktoś uderzył mnie w głowę młotkiem po spaleniu tony stuffu przegryzionego dxm. Do tego jeszcze dzika radość, jak przy meth. Wszystkie narkotyki w jednym, połączony efekt usiadł mi na fizyczności. Było mi po prostu źle, męczył mnie ten stan, który określiłbym wyczuwaniem salvianorinu. Poszedłem do łazienki, splunąłem jeszcze raz, przeszedłem do kuchni, napiliśmy się z T., naładowaliśmy sheeshe i usiedliśmy na balkonie by zapalić. Wrzuciliśmy dodatkowe kadzidełko i powoli mijał mi stan typowo fizycznego sponiewierania, wracałem do siebie. Minęło 45 minut od palenia, czułem się już dobrze, lekki lecz już „swój”. Tak, to już na pewno ja, nie nie zostanie Ci tak człowieku, nie łap paranoi, zaraz przejdzie. I przeszło, po kolejnych 45 minutach, zostawiając lekki ból głowy.


Trip dał mi wiele do myślenia, gdyż chcąc nie chcąc zacząłem zastanawiać się nad sensem wizji, doszedłem do wniosku, że była to jednoznaczna pochwała moich ostatnich działań, rzucenia zupełnie opioidów z którymi zaczynałem już pomału mieć problemy ( uzależnienie psychiczne od depresantów jest bardzo zdradliwe ), znalezienie drugiej połowy i traktowania jej w 100% poważnie, z szacunkiem i uczuciem, którego wreszcie jestem pewien ( wcześniej miałem ten problem, że wiązałem się z innymi kobietami z różnych powodów, lecz nigdy nie było to w pełni szczere i nigdy nie było budowane uczuciem tak silnym, jak to obecne. Właściwie żadnym, ot, bez miłości partnerstwo – zła droga ). Przy okazji, po prostu objawienie potęgi.


Tripu nie oceniam pozytywnie. Nie mogę jednak powiedzieć, że był negatywny czy mnie przerósł. Byłem przygotowany na potężne doznania, przy takich ilościach salvianorinu, jednak ten REALIZM i pełna zmiana świadomości, przekształcenie się w byt inny od ludzkiego, wyjście z ciała do w pełni wykreowanego przez moją wyobraźnię świata, który był REALNY nie zaś podszyty halucynacja czy zwidem, zaskoczyło mnie. Nie powiem, że pozytywnie. Bo to potężne doznanie. Czy wrócę do szałwi ? Nie wiem. Wiem, że nie w najbliższym czasie. Czy to doświadczenie mnie zmieniło ? Nie, raczej nie. Ale dało mi dziwne poczucie pewności, że moje życie idzie w dobrym kierunku. Trip był neutralny.


Pozdrawiam Tremere, który był moim opiekunem podczas wyprawy, jak już wspomniałem doświadczyliśmy bardzo różniących się od siebie doznań. Z relacji wiem, że moje zachowanie było dziwne – położyłem się, skierowałem twarz ku ścianie na balkonie, trochę ruszałem rękami, ale niedużo. Ruszałem się, ale nie tak spontanicznie jak Tremere przy swoim tripie, po prostu się ruszałem. Następnie wstałem, potknąłem się o krzesło, rozejrzałem, chciałem się położyć na łóżko ( T. zdjął z niego zbędne szpargały ) i tam się ułożyłem, przyciskając czoło do ściany. Wyraz twarzy miałem podobno błagający o litość, zaśliniłem się jak pies ze wścieklizną i otrzymałem od opiekuna chusteczkę, jednak jej nie wziąłem i wytarłem się w papier w którym przyniosłem jeszcze trochę suszu salvia, na podsypkę ( nie użyliśmy ), po czym owy papier wyrzuciłem do toalety i wróciłem leżeć na łóżko. Przeraża mnie fakt, iż nie pamiętam ruchów, wstawania, potykania się o krzesło, stania nad łóżkiem, nic. Pierwszy moment który pamiętam po spaleniu ekstraktu to ten gdy T. mówi, że dostałem klapsa. Nie dostałem. Ale „mocno mnie porobiło”. Bardzo, mocno. A przecież powiedziała mi przez T. : ,,Uciekaj" ..

Artykuł opublikowany sobota, 20 październik 2007.
Kontynuuj
Aktualne recenzje: 0
Napisz recenzję
Powiadom znajomego o tym artykule:  
Produkty powiązane z tym artykułem:
SALVIA DIVINORUM x10 Extract 1g
SALVIA DIVINORUM x10 Extract 1g
SALVIA DIVINORUM x60 Extract 1g
SALVIA DIVINORUM x60 Extract 1g
SALVIA DIVINORUM x40 Extract 1g
SALVIA DIVINORUM x40 Extract 1g
SALVIA DIVINORUM x21 Extract 1g
SALVIA DIVINORUM x21 Extract 1g
SALVIA DIVINORUM x17 Extract 1g
SALVIA DIVINORUM x17 Extract 1g