Substancja : Salvia divinorum, lufek 2
Doświadczenie : LSD, łysiczki, ruta stepowa, bromo-dragonfly, salvia divinorum, haszysz, marihuana, ecstasy, BZP, DXM, benzydamina, amfetamina, efedryna, kofeina, nikotyna, alko.
Set&Settings : Puste mieszkanie, cisza & spokój & koncentracja.
Zwyczajny dzień, rano zwlekłem się z łóżka by udać się do szkoły. W szkole humor mi nie dopisywał bo zapomniałem śniadania, a jak wiadomo: człowiek głodny – zły człowiek. Po 7 godzinach lekcyjnych wróciłem do domu i zażyłem odprężającej kąpieli zakończonej prysznicem naprzemiennym. W momencie tego metaforycznego oczyszczenia (kąpiel + żołądek nie strudzony trawieniem pokarmu), w momencie wychodzenia z wanny, uderzyła mnie myśl „dziś jest ten dzień, dzień by znowu wybrać się w szałwiowy wymiar”. Zaznaczam iż ostatnio paliłem szałwię 13 maja br. i wcale nie śpieszyło mi się na kolejne spotkanie. Wiedziałem dobrze, że to ta chwila i ten dzień, po prostu nie było innej opcji. (ktoś może powiedzieć że to bzdura, ale wydaje mi się że ta roślina sama decyduje kiedy jesteśmy gotowi na spotkanie z nią…)
Korzystając z okazji, że w domu nikogo nie było i mając do dyspozycji tylko faję wodną i wiadro, szybko skoczyłem po lufkę do pobliskiego sklepu monopolowego, żeby subtelnie zbadać ten jakże dziwny i tajemniczy świat pani S.
Plan z założenia był prosty:
- spalić 1 lufkę by wejść w stan dziwności (1-2 plateau) i ostrożnie go zgłębić, a gdy osłabnie znowu dopalić lufkę i znowu zacząć go badać tak, by jak najdłużej pozostać pod wpływem salvinorinu a co z tym idzie jak najdokładniej zbadać szałwiowy świat.
Po powrocie ze sklepu, zamknąłem mieszkanie, wyłączyłem domofon i głos w telefonie tak by mieć pewność że nic nie zakłóci przebiegu doświadczenia. Ze stoickim spokojem umysłu wybrałem 3 duże suszone liście, pokruszyłem je w kupkę, przygotowałem 2 zapalniczki (na wypadek gdyby jedna odmówiła posłuszeństwa), ustawiłem fotel naprzeciwko lustra by widzieć swoje odbicie i zacząłem palić.
Po 1 lufce wszedłem w przedsionek do tego dziwnego wymiaru, pogrążyłem się w słabej depersonalizacji i czułem, że jest inaczej. Postanowiłem spalić 2 lufkę, głęboki mach – salvinorin ogarnął mój mózg. Pierwsza moja myśl „o kurcze, co się dzieje?”, spojrzałem na dłoń w której trzymałem jeszcze rozgrzaną lufkę - przedmiot ten stał się dla mnie taki dziwny i taki nieznany, obcy. Tak jakbym pierwszy raz w życiu widział lufkę. Obraz przed oczami dziwnie klatkował i uczucie depersonalizacji wyraźnie narastało. Na zewnątrz, na ulicy rozmawiały jakieś 2 stare baby, próbowałem skoncentrować się na tym co mówią, słyszałem tylko „połóż się… połóż się… połóż się…” lecz nie dałem za wygraną. Wstałem gwałtownie z krzesła i to co się stało przeszło moje najśmielsze oczekiwania po tak małej dawce… Zupełnie utraciłem swoją tożsamość, miałem uczucie jakbym był niematerialną cząstką energii(kosmitą?) która penetruje (zwiedza) dziwny świat jakim jest ludzkie życie (a założenie miałem zupełnie odwrotnie, chciałem zbadać szałwiowy świat…), przez kilka minut nie rozpoznawałem gościa w lustrze, powtarzałem w kółko swoje imię i zastanawiałem się czemu akurat przypada mi egzystencja w takim a nie innym ciele. Gdy działanie szałwii traciło na sile, starałem się ogarnąć i spróbować opisać to co się stało w notatniku lecz jedyne co potrafiłem napisać to tylko „co się stało? Co się stało? Kim jestem? Kim jesteś”…
Postanowiłem wyjść na dwór i przewietrzyć się, powoli zebrałem myśli i analizowałem to co się przed chwilką wydarzyło. Po tym doświadczeniu, cały dzień miałem wspaniały humor i przepełniała mnie radość życia, z samego sensu istnienia tu na Ziemi. Dodam też, że gdy byłem pod wpływem salvinorinu czułem czyjąś obecność, kobiecą obecność.
Biorąc pod uwagę wszystkie swoje szałwiowe podróże jest kilka motywów które są zawsze bardzo podobne i często się powtarzają. Podejrzewam że u innych tripperów również występują te podobieństwa.
1.Podczas tripu, odczuwam zazwyczaj kobiecą obecność (raz był wyjątek i był to mężczyzna – doktor samo zło)
2.Po każdym doświadczeniu niechętnie myślę o następnym, lecz gdy przyjdzie odpowiedni dzień, odpowiednia chwila (podyktowana wewnętrznym pragnieniem przeżycia tego raz jeszcze) wiem że muszę odbyć podróż.
3.Dobre samopoczucie po podróży
4.Podczas tripu – uczucie bycia obok wielkiej prawdy, życiowej mądrości, pierwotnego źródła.
5.Pod wpływem salvinorinu, salviowy świat wydaje się dziwnie znajomy, po powrocie uczucie to znika bezpowrotnie. Ten stan idealnie oddaje cytat kolegi Areckiego:
"Niby siedzisz w pokoju, pomieszczeniu. Meble, wszystko ok. Ale coś jest innego, coś nie tak. Niby ten sam świat ale jakiś inny, jakiś nienaturalny, dziwny. Pomijam poziom na którym są halucynacje. Tylko normalnie, po wzięciu małej dawki.
Ja jak zawsze wchodzę w ten stan, dziwnie poznaję ten świat. Ten jakiś dziwny magiczny, niby znajomy świat. Niby wszytko to samo, ale coś jest nie tak, jakby czuje się, że jest to coś nienaturalnego, coś magicznego."
6.Moc tego doświadczenia jest tak duża, że gdyby salvinorin działał tyle co LSD, nikt by chyba z takiej podróży nie wrócił normalny Tutaj kolejny cytat(A.Selene) który ładnie odzwierciedla to uczucie:
Nie wiem jak inni, ale ja bym chyba oszalał, gdyby punkt kulminacyjny trwał 3 godziny. Ostatnio jak paliłem (z miesiąc temu) to przez pięć minut miałem tak kurewsko mocną psychodelę, że potem przez tydzień chodziłem roztrzęsiony. Odwiedziłem zupełnie inny świat (pocztówkę z tego świata zamieściłem w temacie "Ćpuńskie pamiątki") i przez pewien czas myślałem, że coś mnie opętało.